|

Wszystko zaczęło się od ludzi, którzy, chcę w to wierzyć, posłani byli przez Boga. Jesienią 1998 roku rozpocząłem kolejny, ósmy rok studiów (na szczęście ostatni) i z powodu trudności lokalowych. Trafiłem do mieszkania, które wynajmowali moi dobrzy znajomi z D.A. Wawrzyny: Wojtek, Rafał i Tomek. Tomek bywał rzadko, Wojtek nie przeszkadzał, a Rafał pomógł mi się zdecydować na podjecie próby założenia zespołu, który grałby na chwałę Bogu, w którego wierzyłem od dawna. Był to czas, kiedy dotarły do mojego serca informacje o muzykach, którzy zaczęli śpiewać "Jezu prowadź mnie". Robiło to na mnie wielkie wrażenie. Czytałem wywiady z Darkiem Malejonkiem, Robertem Fridrichem, Tomkiem Budzyńskim i wierzyłem im. Oni mówili, że nie można inaczej - jeśli się wierzy w Boga, trzeba o tym krzyczeć. Właśnie kilka miesięcy wcześniej odszedłem z zespołu folkowego "Chudoba" (wtedy myślałem, że na zawsze, ale na szczęście stało się inaczej).
Odszedłem, bo byłem zmęczony i zniechęcony atmosferą panującą na scenie folkowej: pozorną przyjaźnią, a cichą rywalizacją miedzy zespołami i pogaństwem, jakie zaczęło się odradzać (noc Kupały, Światowid itp.). Teraz wróciłem i gram znów, a ten czas, który spędziłem poza Chudobą, uświadomił mi, że łączy nas jednak przyjaźń, w którą wcześniej trochę przestałem wierzyć.
Bardzo zapaleni do grania Bogu zaczęliśmy umawiać się na próby w galerii, w której pracował Rafał. Zaczęło się robić gęściej. Rafał zaprosił do grania Artura, z którym wspólnie służyli grą na bębnach w czasie Mszy Św. i na spotkaniach Odnowy w Duchu Świętym w D.A. Wawrzyny. Z duszpasterstwem związani byli także Marcin K., który grał na oboju i Jacek (gitarzysta), z którym wspólnie chodziliśmy jako wolontariusze do Domu Dziecka oraz Marcin O.. Marcin był animatorem muzycznym na Kursie Filip, na który namówiła mnie Monika, kolejna osoba posłana. Próbowaliśmy tak chyba ze dwa miesiące, ale coś nam nie szło. Próby zaczynały się od modlitwy, braliśmy w ręce instrumenty i... nic. Graliśmy jakieś pieśni ogólnego rażenia, ale jakoś nie wychodziło. Zespół nie miał pomysłu na granie, nie miał nazwy i przestał się spotykać.
Chyba w marcu 1999 roku (i odtąd powinno datować się powstanie zespołu 40 synów...) spotkaliśmy się ponownie. Nie było wśród nas Rafała (bębny) i Marcina (obój). Nie umiałem porozmawiać z Rafałem, zlekceważyłem, przestraszyłem się i nie mam już z Nim kontaktu. Nie było to dobrze i ładnie załatwione, ale czasu się już nie cofnie. Dołączył do nas Marek - gitara basowa (Marka przyprowadził Filip - posłany) i wtedy się zaczęło. Może to wiosna, może emocje związane ze zmianami personalnymi, ale na pewno dopust Boży - zaczęliśmy układać piosenki. W czerwcu 1999 roku mieliśmy już repertuar - 4 utwory. Muzyka nasza, 3 teksty oparte na psalmach, jeden własny. Piosenki nam się podobały!
Na początku czerwca odbyć się miała trzecia edycja (niestety ostatnia) wrocławskiego SacroSongu, w którego konkursie postanowiliśmy zagrać. Chcieliśmy sprawdzić się w kontakcie z publicznością i skonfrontować nasze piosenki z opinia publiczną. Przesłuchania konkursowe odbywały się w Refektarzu u oo. Dominikanów, a koncert laureatów na Wyspie Słodowej. Potężna, profesjonalna scena i porządne nagłośnienie. Ja wcześniej miałem do czynienia ze sceną, mikrofonami itp., ale dla chłopaków miał to być chrzest bojowy. Przeszli go dzielnie.
Żeby zgłosić się na SacroSong, zespół musiał mieć nazwę, ale to już zupełnie inna historia...
RR
|